Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?

Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?

Autor: Frank Furedi

  • Tłumaczenie: Katarzyna Makaruk
    Tytuł oryginału: Where have all the intellectuals gone?
    Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
    Data wydania: 2008
    ISBN 978-83-06-03115-7
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 144

Intelektualiści to dziś gatunek zagrożony. Miejsce ludzi takich, jak Bertrand Russell, Raymond Williams czy Hannah Arendt – osobistości o szerokich horyzontach, gruntownym wykształceniu i zacięciu społecznym – zajęli łatwostrawni guru, analitycy i złotouści ulubieńcy mediów. Musimy sobie radzić dwoma przeciwstawnymi zjawiskami: powszechnym dostępem do wyższego wykształcenia i najbardziej ogłupiającą kulturą w dziejach świata. W swej aktualnej i pełnej pasji książce Frank Furedi, słynny socjolog z University of Kent, pokazuje, jaką daninę kulturze i demokracji muszą składać współcześni intelektualiści, oraz tłumaczy, dlaczego powinniśmy stworzyć nową przestrzeń publiczną, w której „mądre głowy” i zwykli zjadacze chleba będą znowu mogli ze sobą rozmawiać. informacja wydawcy

Każdy z nas doznaje czasem szoku poznawczego, odkrywając rzeczywistość, o której istnieniu nie miał wcześniej pojęcia. Dla brytyjskiego socjologa Franka Furediego symbolicznym Rubikonem, po którego przekroczeniu nie potrafił już dłużej milczeć, był e-mail napisany przez osobę zajmującą wysoką pozycję w strukturach akademickich, zawierający stanowisko, że w toku kształcenia akademickiego czytanie wcale nie musi być konieczne, ponieważ istnieją inne, równie wartościowe nośniki wiedzy, co tekst. Krótko mówiąc: można ukończyć studia bez przeczytania choćby jednej strony i nie powinno się takiego wykształcenia negować. Szokujące? Wciąż jeszcze tak (z naciskiem na „jeszcze”).

W swoim krótkim studium Furedi postawił wiele istotnych pytań, nie zawsze decydując się na udzielenie odpowiedzi. W ten sposób niejako zaprosił czytelnika do samodzielnego przemyślenia pewnych kwestii, pośród których najistotniejszego znaczenia nabierają: zdefiniowanie pojęcia „intelektualisty” we współczesnym świecie, określenie stopnia otwartości uniwersytetów (czy ocenianie kandydatów i studentów ma charakter wykluczający?), a także podporządkowanie kultury (w tym kultury wyższej – ha!, zdaniem części lewicowych aktywistów kolejny termin wykluczający!) potrzebom rynku. Absurdalność niektórych argumentów pojawiających się w brytyjskiej debacie publicznej sprawia, że autor, który przez szereg lat był kojarzony z marksizmem, co rusz łapie się za głowę i wyraża przekonanie, że zmierzamy prosto ku katastrofie, jaką niewątpliwie byłoby roztrwonienie dorobku intelektualnego przeszłych pokoleń w duchu źle pojmowanej walki o równość na wszelkich możliwych frontach.

Na wstępie Furedi zarysował główną oś sporu: czy nauka, a szerzej kultura, powinna mieć cele użytkowe, czy też służyć budowie kapitału kulturowego zbiorowości? Jeśli opowiemy się za opcją nr 2, to czy powinniśmy traktować naukę w sposób instrumentalny, tj. jako narzędzie bezpośrednio służące kształtowaniu stosunków społecznych? Problem polega na tym, że w Europie Zachodniej od pewnego czasu można zaobserwować zjawisko polegające na atakowaniu środowiska naukowego, wykorzystując do tego zarzuty o elitarność i niezrozumiałość prowadzonych przez nie badań. Abstrahując od kwestii upowszechniania wyników tych ostatnich, co mogłoby stanowić samoistny przedmiot analiz, i to znacznie bardziej rozbudowanych niż ta recenzja, takie twierdzenia jawią się jako kuriozalne, gdyż opierają się na przekonaniu, że każdy musi rozumieć wszystko, i to bez żadnego wysiłku, jakim jest niewątpliwie pokonywanie kolejnych etapów edukacji. Nakładają się na to jeszcze dwa brzemienne w skutki zjawiska: źle pojmowana dekonstrukcja pojęcia „prawdy”, prowadząca do absurdalnego stwierdzenia, że nie istnieje jakkolwiek pojmowana wiedza, a jedynie opinie, które należy traktować równoważnie; deprecjonowanie pracy umysłowej przez samych naukowców, którzy zdobywając dyplomy nie przyswoili sobie etosu środowiskowego, w skrajnych przypadkach prowadzącego do tytułomanii czy nepotyzmu, ale jednocześnie zapewniającego absolutne podstawy pracy z ludźmi w warunkach twórczego poszukiwania odpowiedzi na pytania badawcze, nie wspominając o wyczuleniu na niehonorowe (termin użyty przeze mnie nieprzypadkowo) praktyki. W ten sposób w niektórych społecznościach zachodnich „elitarność” stała się obelgą (nie zaś przedmiotem aspiracji), biblioteki zaczęły służyć za wszystko, tylko nie miejsce zdobywania wiedzy, zaś inkluzywność stała się równoważna wyrażaniu uznania i aspiracji dla zachowań nielicujących z przestrzenią akademicką. Efekt? Infantylizacja poparta przedstawianiem standardu jako formy dyskryminacji, tylko dlatego, że jest on dla większości niedostępny. Autor wprost definiuje zaobserwowane obszary zagrożenia, ale recepta na ich zneutralizowanie musi być efektem refleksji środowiskowej, która – jak zauważa – wciąż pozostaje obca większości uczonych.

Nie zabrakło również gorzkich słów skierowanych wobec polityków, krok po kroku niszczących szkolnictwo wyższe. Prymat zapożyczonej z USA neoliberalnej koncepcji urynkowienia uczelni powoduje przekształcenie się studenta w klienta, zaś wykładowcy w świadczyciela usług edukacyjnych. W takim układzie naczelną wartością jest zysk, w imię którego obniża się poziom nauczania i oddaje zarządzanie uczelniami w ręce menadżerów, którzy nie mają pojęcia o specyfice pracy dydaktyczno-naukowej. Takie wartości jak wolność prowadzenia badań tracą jakiekolwiek znaczenie, jako że nie generują bezpośredniego zysku. Wobec zastosowania prostej zasady „klient ma zawsze rację”, spory o znaczenie tradycji oświeceniowej jawią się współcześnie jako oderwane od realiów.

Cóż na to naukowcy? Po prostu przegapili moment, w którym przestano darzyć ich szacunkiem z racji posiadanej wiedzy, dostrzegając potencjał komercyjny (ten zaś wobec urynkowienia wiedzy staje się decydujący) w różnej maści „ekspertach”, „coachach” i celebrytach. Pracownicy uniwersytetów z pozycji osób kształtujących powszechne odczucia i wyobrażenia zostali sprowadzeni do roli biernego audytorium, po części na własne życzenie, „okopując się” na bezpiecznych pozycjach wąskich specjalizacji, niewymagających ustawicznego kontaktu ze światem zewnętrznym. Co gorsza, uginając się pod presją egalitarności, najpierw zmienili programy kształcenia pod kątem inkluzywności, żeby niedługo potem odkryć, że stali się zakładnikami pewnych środowisk i nie mają większego wpływu na dalszy los szkolnictwa wyższego. Skoro bowiem obowiązują procedury demokratyczne, to większość/lud/konsumenci (niepotrzebne skreślić) powinna decydować o kierunku ewolucji uniwersytetów – część naukowców zdaje się podzielać ten pogląd, sama piłując gałąź, na której siedzą. Bo czy osoby bez stosownej wiedzy i obycia akademickiego są w stanie kierować polityką edukacyjno-naukową państwa, jedynie na podstawie tego, co im się wydaje? Zapewne powiało w tym miejscu poczuciem elitaryzmu, ale uczelnie od samego początku opierały się właśnie na nim i odejście od tej tradycji oznacza po prostu koniec nauki w dotychczasowym kształcie, tj. jako procesu zdobywania i upowszechniania wiedzy.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o efekcie ubocznym antropologizacji nauki, ściśle związanym z jej urynkowieniem, opierającym się na przekonaniu, że uniwersytet jest nieco lepszą szkołą zawodową i służy wyłącznie zdobyciu fachu. Furedi zaobserwował występujący w ramach niektórych dyscyplin prymat poznania przez doświadczenie, co zamiast do inkluzywności prowadzi do wykluczenia. Zgodnie z tą logiką, kobietę zrozumie tylko inna kobieta, imigranta tylko inny imigrant itd. Co gorsza, proces zdobywania wiedzy („wiedzy”?) staje się ściśle uzależniony od tożsamości, z czasem traktowanej jako jej źródło. Prowadzi to do rozbicia jedności świata nauki i ucieczki w partykularyzmy, zamykające konstruktywną dyskusję.

Odnoszę wrażenie, że wydawanie tego typu książek nie spełnia swojego celu, tzn. w dalszym ciągu pozostajemy głusi na dobiegający z Zachodu odgłos walenia się w gruzy instytucji uniwersytetu, przy jednoczesnym braku skutecznej alternatywy. Z powodu żądzy zysku i ideologii politycznych dąży się do przekształcenia tytułowych intelektualistów w partyjnych propagandystów, albo pracowników korporacji. Na własne życzenie fundujemy sobie „ciemne wieki”, przed czym ostrzega nie tylko Furedi, ale wielu innych autorów, którzy przeszli już przez proces obecnie wdrażany w Polsce, i to bez optymistycznych wniosków. Wydawanie takich książek jest bardzo cenne, ale muszą stać się zarzewiem intensywnej dyskusji, której echa dotrą do uszu szerszego grona osób, niż idealistycznie nastawieni pracownicy uczelni. Dlatego też pozwolę sobie zakończyć cytatem (s. 26-27): „Problem równania w dół dotyczy jedynie wtajemniczonych – uczonych i artystów. Poziom współczesnej edukacji, kultury i debaty intelektualnej ma zasadnicze znaczenie dla etosu demokratycznego. Intelektualiści (…) odgrywają kluczową rolę w inicjowaniu dialogu oraz rozbudzaniu ciekawości i pasji ogółu społeczeństwa. Dziś powszechne zaangażowanie w życie kulturalne jest wątłe. Nic dziwnego – cyniczny stosunek elit do poznania i prawdy udzielił się reszcie społeczeństwa za pośrednictwem instytucji oświatowych, kulturalnych oraz mediów. Apatia i społeczne wycofanie są symptomami kultury, która ma skłonność do tego, by debatę publiczną zrównywać z banalną wymianą opinii technicznych. Dlatego też kulturowa wojna z filisterstwem jest już znacznie spóźniona”.

Kategorie wiekowe:
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Frank Furedi podjął próbę zdiagnozowania głównych zagrożeń przyczyniających się do dewastacji idei uniwersytetu, a szerzej: jakości kultury. Poświęcił uwagę przede wszystkim relacjom uczonych ze środowiskami nacisku politycznego (ideologicznego), skutkującym przekształceniu uczelni w miejsce świadczenia usług edukacyjnych, i to na niezbyt wysokim poziomie, aby nikt nie poczuł się wykluczony. Jest to niewątpliwie cenny głos w toczącej się na Zachodzie debacie o formę kształcenia realizowanego na poziomie akademickim, w Polsce wciąż nie zauważanej, ze zgubnymi tego konsekwencjami.

Autor

(ur. 1985) historyk starożytności, doktor nauk humanistycznych, autor pięciu opracowań, współautor jednego oraz autor ponad trzydziestu artykułów naukowych i popularnonaukowych. Ostatnimi czasy zmierzył się nawet z wyzwaniem napisania podręcznika dla uczniów szkół średnich. Interesuje się przede wszystkim dziejami republiki rzymskiej, ludów północnego Barbaricum i mechanizmami kontroli społecznej, ale gdyby miał czytać tylko na ten temat, to pewnie by się udusił.
Google+