Autor: Renata Faron-Bartels
-
Konsultacja naukowa: brak!
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Data wydania: 2020
ISBN: 9788301214425 -
Wydanie: papierowe
Oprawa: miękka
Liczba stron: 404
„Złote cywilizacje Ameryki” to ekscytująca podróż w czasie oraz sposobność poznania kulturowego i materialnego bogactwa prekolumbijskiej Ameryki.
Choć złoto fascynowało ludzkość od zawsze, różne kultury traktowały je w różny sposób. Wśród ludów tubylczych prekolumbijskiej Ameryki spotykamy się z niezwykłym stosunkiem do złota i szlachetnych kruszców, których znaczenie materialne było stosunkowo niewielkie w porównaniu do ich wartości sakralnej, symbolicznej i duchowej. Pierwsza część książki przybliża czytelnikowi te niesamowite cywilizacje, ich kulturę i materialne artefakty, gdzie za oś narracji służą dzieje złota, jego rodzime użytkowanie i kulturowe znaczenie oraz technologie jego wydobycia i obróbki.
Jednak dopiero gdy pierwsze ładunki kruszcu przybyły do Europy przełomie XV i XVI wieku, złoto nie tylko w kluczowy sposób rozstrzygnęło o losie rdzennych mieszkańców Ameryki, ale też nieodwracalnie zmieniło ekonomię i kulturę całego świata. O tym traktuje druga część książki, gdzie jako najważniejsze konsekwencje pogoni za złotem w Ameryce autorka wskazuje między innymi szybki podbój kontynentu i daleko idące wyniszczenie miejscowej ludności, zachwianie ekonomii europejskiej nadmiarem szlachetnych metali na rynku, rozwój dalekosiężnego handlu (rozpoczynający na dobre proces globalizacji),a także powstanie i długoletnie utrzymanie się niewolnictwa na wielką skalę. Kolejne „gorączki złota” wstrząsające Ameryką od początku XIX wieku były następnie przyczyną licznych masowych migracji ludności z całego świata, w wieloraki sposób kształtując demograficzne i ekonomiczne realia współczesności. A choć dzisiejsze „gorączki złota” mają nieco inny wymiar od tych historycznych, ich przyczyny są podobne, a konsekwencje równie tragiczne.z opisu wydawcy
Kiedy myślimy o archeologii, a szczególnie o archeologii Ameryk, być może pierwszym skojarzeniem jest złoto, Eldorado, bogate dziedzictwo kulturowe. Wydaje się zatem, że napisanie książki o złocie w tzw. Nowym Świecie jest pójściem na łatwiznę. Okazuje się jednak, że niekoniecznie. Trzeba przyznać, że autorka omawianej publikacji dość elegancko stara się uzasadnić zarówno tytuł, jak i wybór tematu, który postanowiła zrealizować.
Niemniej już na samym początku lektury czytelnika zaczyna zastanawiać, dlaczego w tytule występuje jedna Ameryka, choć są przecież trzy, i o każdej z nich będziemy w książce czytać. Zagadka wyjaśnia się już we wprowadzeniu (s. 13), kiedy przekonujemy się, że Autorka uważa Amerykę za jeden kontynent (sic!), który tylko z czasem przyjęło się dzielić na „Amerykę Północną, Środkową (z Mezoameryką) i Południową” lub „Amerykę Anglosaską (Ameryka Północna) oraz Amerykę Łacińską lub Latynoamerykę (Ameryka Środkowa i Południowa)”. Oba te podziały są dla Autorki najwyraźniej równorzędne. Muszę przyznać, że już te pierwsze akapity zmroziły mnie stopniem dowolności traktowania tematu i skalą uproszczeń, które, jak coraz dowodniej okazywało się z biegiem stron, zastosowano w całym tekście. Warto tutaj bowiem zaznaczyć, że trzy kontynenty amerykańskie (północny, środkowy i południowy) są „wydzielone” nie tylko formalnie. Charakteryzują się one zasadniczą odrębnością geologiczną (i każdy z nich własną historią geologiczną, sięgającą setek milionów lat), przyrodniczą (co może szczególnie widać w Ameryce Południowej) i geograficzną. W tej sytuacji być może jest już oczywiste, że te olbrzymie obszary mają też w dużym stopniu odrębną historię kulturową. Traktowanie ich wspólnie jest w gruncie rzeczy błędem.
Kolejne strony przynoszą niestety kolejne uproszczenia i stereotypy, które mogą wprowadzać czytelnika w co najmniej nie do końca właściwe rozumienie pewnych, dość złożonych, zagadnień archeologicznych, antropologicznych i historycznych. Należy do nich chociażby problem zasiedlenia Ameryk, który został na kilku stronach zarysowany we „Wprowadzeniu” (w moim przekonaniu temat zupełnie niepotrzebnie wspominany jest w książce, która miała dotyczyć cywilizacji wykorzystujących złoto, czy w ogóle metale) . Zarówno podane przy tej okazji datowania najważniejszych, pierwszych stanowisk ludzkich w Amerykach, jak też przywołana chronologia, budzą zdziwienie i sprzeciw badacza. Dzisiaj, w XXI wieku, nasza wiedza w tych kwestiach jest na tyle rozwinięta, iż na przykład podawanie „chronologicznych dziejów cywilizacji amerykańskich” (s. 20) jest po prostu niedopuszczalne. Należy podkreślić, że nie mówimy tutaj o niuansach czy lokalnych odmiennościach, ale o fundamentalnych różnicach historii kulturowej obszarów niejednokrotnie większych od całej Europy! Nikt nie wyróżnia dziś na przykład w chronologiach kultur Nowego Świata „epoki kamienia” i następującej po niej „epoki paleoindiańskiej”. Jest to dość kuriozalny konstrukt, który, jeżeli nawet kiedyś pojawił się w publikacjach, to nigdy nie zyskał akceptacji w środowisku naukowym. Było to spowodowane co najmniej jego metodyczną problematycznością i kompletnym brakiem uzasadnienia w materiałach archeologicznych.
Momentami podczas lektury wydaje się, że Autorka zdaje sobie sprawę ze złożoności materii, którą porusza, ale w kolejnych akapitach okazuje się, iż jednak nie rozumie fundamentalnych paradygmatów archeologii. Jak można bowiem napisać: „Niestety większość tak starych znalezisk składa się głównie z narzędzi kamiennych lub szkieletów zwierzęcych i nie została potwierdzona udokumentowanymi szczątkami ludzkimi lub innymi niepodważanymi śladami obecności człowieka” (s.19, podkreślenia MW)? Przecież właśnie ślady kultury materialnej (np. narzędzia kamienne) są niepodważalnymi śladami obecności człowieka! Tym zajmuje się archeologia, na tym jest ufundowana.
Kolejne strony „Wprowadzenia” wywołują rosnącą niezgodę na przekazywane treści. Trudno odnieść się do wszystkich błędów, przeinaczeń, uproszczeń, niewłaściwych interpretacji, które się tutaj pojawiają. Przedstawiony obraz okresów paleoindiańskiego i archaicznego nie jest nawet naiwny; on jest po prostu nieprawdziwy. To tak, jakby napisać, że po okresie wędrówek ludów Europa odetchnęła z ulgą, społeczności zbudowały sieć wspaniałych osad, którymi opiekowali się oświeceni władcy, uprawiano różnorodne rośliny i hodowano zwierzęta, bawiono się na dworach, a w wolnym czasie tworzono rycerskie eposy i budowano wspaniałe katedry. Tak mniej więcej został zbanalizowany okres archaiczny w Amerykach. Na stronach 22 i 23 kumulują się grzechy całej tej publikacji. Nie jest mianowicie prawdą, że w Amerykach w czasie archaiku „społeczeństwa” zmieniają się „z koczowników w osadników” (nawet pomijając faktyczne znaczenie tych pojęć w archeologii). Nie jest również prawdą, że w archaiku uprawy roślinne stanowią „główne źródło pożywienia”. Nie jest też prawdą, że archaik „cechuje brak wytwórczości i stosowania naczyń ceramicznych”. Nie jest w końcu prawdą, że „między około 1800 rokiem p.n.e. i 300 rokiem n.e. (…) w Kolumbii ukształtowała się cywilizacja San Augustín, a w Peru przypada na ten okres rozwój kultury Chavín, Moche, Paracas i Nazca”. Pomijam tutaj zupełnie kwestię absolutnie dowolnego i nieprawidłowego używania bardzo istotnych terminów (kultura, cywilizacja, tradycja), czy błędy rzeczowe (powinno być: kultura San Agustín, a nie „cywilizacja San Augustín”, s.116, 120, 121, 144, podobnie jak pisze się Wari lub Huari, a nie Wuari, s.151). Niestety takie zarzuty można kontynuować, a proszę zwrócić uwagę, że skomentowaliśmy powyżej jedynie dwie strony książki (sic!). Nie dziwi zatem, że czyta się ją z rosnącym przerażeniem. Jednocześnie towarzyszy nam przykra świadomość, do czego prowadzi brak redakcji i recenzji naukowej.
Wychodzę z założenia, że książki popularnonaukowe powinny charakteryzować się szczególną dbałością o przedstawienie aktualnego stanu wiedzy. W przypadku Złotych cywilizacji Ameryk zupełnie tak nie jest. Przykłady są niestety w tej książce liczne. Dobrą ilustracją będzie tutaj informacja o tzw. „kulturze starej miedzi” (Old Copper Culture) z rejonu Wielkich Jezior. Wbrew temu, co pisze Autorka, nie jest ona datowana od „3000 lat p.n.e. (…) do XVII wieku” (s. 29). Od dłuższego czasu wiadomo, że tradycja ta rozwijała się w okresie 8500 BP (a ostatnie badania pokazują, że nawet od 9500/10000 BP) do 4500/5000 BP. Jak widać datowanie tego (skądinąd fenomenalnego) zjawiska kulturowego jest w książce kompletnie błędne. Zupełnie inny, niż pisze Autorka, jest też charakter wytwórczości metalurgicznej. Początkowo są to głównie narzędzia i broń, zaś po 4500/5000 BP miedź wciąż wykorzystywano, ale do produkcji drobnych, głównie ozdobnych przedmiotów.
Podobną nieznajomość tematu spostrzegamy, gdy chodzi o kwestie przyrodnicze (bioarcheologiczne czy geoarcheologiczne). Opisanie tzw. ADE (Amazonian Dark Earths, tierras negras del indios) jako „powstałych na skutek gromadzenia się żyznych osadów rzecznych” (s. 59) dowodzi kompletnej nieznajomości tematu, obecnego w literaturze amerykanistycznej (i gleboznawczej) od lat 80. XX w. ADE są bowiem czarnoziemami antropogenicznymi i to nie one są przyczyną rozwoju osadnictwa, a osadnictwo jest przyczyną ich powstania (mówiąc oczywiście w wielkim uproszczeniu). Autorka pomyliła tutaj zatem przyczynę ze skutkiem.
Niestety nie są to jedyne problemy napotykane w tekście. Przedstawiony w jednym akapicie rozwój metalurgii środkowoandyjskiej jest również nie do przyjęcia (s. 29). Podobnie zupełne pominięcie zagadnienia kontaktów andyjsko-mezoamerykańskich w perspektywie rozwoju metalurgii jest błędem (s. 32-33) zwłaszcza, że Autorka później sama sygnalizuje te kontakty (s. 248). Łączenie Amazonii z domestykacją np. tytoniu (s. 72) jest co najmniej dyskusyjne, podobnie jak brak choćby wzmianki o stanowisku Guila Naquitz w kontekście udomowienia kukurydzy (s. 227). Nie wiadomo skąd informacja o pochodzeniu jadeitu z Nikaragui (s. 240). Ta kolejna błędna informacja jest prawdopodobnie skutkiem pomylenia przez Autorkę nazw geograficznych (?). Można tak sądzić, ponieważ kilkanaście stron dalej pisze ona o „Motagua w Nikaragui” (s. 254), skąd ów minerał miał być sprowadzany na ziemie Majów. Najpewniej doszło tutaj zatem do pomylenia rzeki Motagua w Gwatemali z miastem Managua w Nikaragui. W każdym razie w literaturze przedmiotu nie ma żadnych wzmianek o złożach jadeitu na terenie Nikaragui, w przeciwieństwie do tych z doliny Motagua.
W takim kontekście inne błędy, jak: pisanie Homo sapiens z małej litery (s. 19), gmatwanie pojęć np. okresu i horyzontu, utożsamianie okresu archaicznego z formatywnym (s. 23), nazywanie nuggetów – samorodków złota – nugatami (s. 36), nazwanie rzeki Cauca rzeką Caucy (s.39), nazwanie hortikultury, czyli ogrodownictwa, „uprawą zagonową” (s. 60), twierdzenie, że sambaquis i cerritos de indios to ta sama tradycja (s. 87), pisanie „pierwszy okres przejściowy” (s.133) zamiast wczesny okres przejściowy albo „okres początkowy” zamiast okres inicjalny, mylenie naczyń o strzemieniowatym wylewie z naczyniami o podwójnym wylewie z mostkiem (s. 183), twierdzenie, że wapnem się inhalowano (s. 183), nazwanie brązów arsenowych „brązami arszenikowymi” (s. 246), pisanie, że obsydian to minerał (s. 240), czy podawanie, delikatnie mówiąc, „mało precyzyjnych” datowań (a chodzi niejednokrotnie o różnice setek albo tysięcy lat), jawią się jako mało znaczące. Takich błędów czy niezręcznych sformułowań („obszar karaibski, a w szczególności okolice Marajó i delty Amazonki”, s. 82) jest w książce bez liku, a nie wspominamy na wszelki wypadek o zagadnieniach bardziej szczegółowych oraz błędach literowych czy gramatycznych.
Odrębną kwestią jest interpretacja zjawisk kulturowych. W książce nie znajdziemy w zasadzie żadnych fragmentów, które przedstawiałyby zniuansowany, wyważony obraz naukowych sporów i dyskusji. Niemal wszędzie wykorzystano najprostsze, monokauzalne hipotezy, które dziś są co najmniej wątpliwe, albo budzą szereg zastrzeżeń i komentarzy. Tych ostatnich jednak czytelnikowi poskąpiono.
Podobnie trudna byłaby dyskusja z „poglądami” Autorki na symbolikę, mitologię i w ogóle rekonstrukcję żywych kultur społeczności amerykańskich (czyli ich tzw. kontekstu systematycznego). Są to bowiem kwestie bardzo złożone, a przez to trudne i wymagające niejednokrotnie drobiazgowego opisania, przed zaproponowaniem konkluzji. Proponowana przez Autorkę interpretacja z perspektywy hiszpańskich kronik i doświadczenia kulturowego współczesnego Europejczyka jest zupełnie nie do przyjęcia. Tym bardziej, że sposób prezentowania poglądów często sugeruje, że mamy do czynienia z pewnikami (np. s. 43-45). W ogóle prezentowane w książce interpretacje kultury niematerialnej idą bardzo daleko, a ich podstawy są wątłe (np. teologia Olmeków).
Można argumentować, że szczególnie wobec niemal kompletnego braku na polskim rynku wydawniczym prac dotyczących prehistorii Ameryk Złote cywilizacje Ameryki można potraktować jako pierwsze przybliżenie tej problematyki. Mam w tym względzie jednak odmienne zdanie. Książka ta absolutnie nie nadaje się do nauki czy zaznajomienia się z prehistorią Ameryk. Przedstawia ona bowiem nieaktualny, skrzywiony, a niejednokrotnie wręcz błędny obraz kultur prekolumbijskich.
Trzeba powiedzieć, że Faron-Bartels porwała się na zadanie ogromnie trudne i niestety poniosła zupełną klęskę. Autorka podjęła bowiem (zresztą niestety wbrew tytułowi) próbę podsumowania całych pradziejów trzech kontynentów. Dzisiaj takie zadanie przekracza siły każdego badacza, niezależnie od tego, jak bardzo byłby oczytany, doświadczony i błyskotliwy. Przedstawiony w książce Złote cywilizacje Ameryki obraz jest siłą rzeczy nieprawdopodobnie uproszczony. Autorka opiera się na najprostszych teoriach, przebrzmiałych poglądach i nieaktualnych datowaniach, zupełnie nie podejmując dyskusji i nie niuansując omawianych problemów. Zapewne wynika to po części z faktu, iż przyrost bazy źródłowej w kilku ostatnich dekadach jest tak ogromny, iż, jak już napisałem, nie sposób go w całości objąć.
Niestety brak świadomości rozwoju naszej wiedzy archeologicznej o wielu regionach Ameryk nie jest jedynym problemem książki. Poruszona tematyka okazała się tak obszerna, że nawet zgranie ze sobą poszczególnych fragmentów własnej pracy przerosło Autorkę. Nie zdołała ona przede wszystkim zbudować spójnego obrazu procesów kulturowych, wielokrotnie ograniczając się do enumeracji kultur i ich cech. Nie znajdziemy tu zatem dyskusji o relacjach kulturowych i przyczynach różnic w rozwoju poszczególnych obszarów. Jednocześnie wiele opisów jest tak uproszczonych, że stają się po prostu błędne (np. s. 136). Błędy w datowaniach prowadzą z kolei do niepoprawnych wnioskowań o kierunkach przepływu „inspiracji kulturowych” (np. s. 137).
Przy tak ogromnym materiale zrozumiały jest oczywiście problem „zapanowania” nad całością. Nie może to być jednak usprawiedliwieniem notorycznych nieścisłości czy wręcz sprzeczności. Na przykład na s. 153 kultura Chimú datowana jest na okres 1000-1200 n.e. (co swoją drogą jest błędem), a już na s. 155 dowiadujemy się, że trwała jednak do roku 1470 n.e. – do kontaktu z Inkami. Podobnie na s. 167 okres formatywny datowany jest na 2100-900 p.n.e., podczas, gdy na s. 20, na 1500 p.n.e. do początku n.e. Dalej (s. 23-24, 29) w dość niejasnych zdaniach (np. utożsamiających w zasadzie andyjskie okresy archaiczny i formatywny z okresem preceramicznym) dowiadujemy się, że chyba trwał on 10000-1800 p.n.e. (??, choć w sumie trudno to z tekstu zrozumieć), a na pewno 2000 p.n.e. Innym jeszcze przykładem braku panowania nad materiałem faktograficznym jest, wydawałoby się dość prosta, kwestia historii inkaskich podbojów. Na s. 155 Faron-Bartels pisze „w czasach przed podbojem przez Inków, czyli do ok. 1470 roku”, aby na s. 314 stwierdzić „w czasach ekspansji Inków (od ok. 1270 do 1533 r.)” (współcześnie uważa się, że okres inkaskiej ekspansji przypadł na lata 1438-1532/33). Po takich fragmentach czytelnik ma prawo być zupełnie skołowany.
Z pewnością na czele ayllu nie stał curaca (s. 203), co najmniej dziwny jest termin „struktura piramidowa” (s. 164 i in.), dlaczego „Venus” (s. 125) zamiast Wenus?, twarze przedstawiane w Lambayeque miały bardzo charakterystyczne, migdałowate, a nie „lekko skośne” oczy (s. 176), uważa się dziś, że Tihuanaco nie miało wbrew temu, co pisze Autorka (s. 147) charakteru militarnego. Sugerowanie wpływu ekwadorskiej tradycji Valdivia na obszar Mezoameryki (s. 227) jest co najmniej ryzykowne, twierdzenie, że „kultura Chancay jest jedną z pierwszych kultur peruwiańskich, które na skalę masową produkowały ceramikę” (s. 157) jest nieprawdzie (wystarczy wymienić Nasca i Moche), częściej uważa się, że Paracas i Nasca właśnie nie różniły się pod względem etnicznym (s. 157). Błędy dotyczą także opisu ilustracji, których wybór jest zresztą bardzo skromny.
Można zapytać w drugą stronę, jeśli miał to być w zamierzeniu kompletny obraz kultur Nowego Świata, dlaczego tylu ważnych zjawisk brakuje? Żeby ograniczyć się tylko do Ameryki Południowej, można na przykład zapytać: co z Chinchorro czy Ichsma? W książce nieobecne są także liczne pojęcia kluczowe dla zrozumienia kultur amerykańskich (jak choćby dualizm komplementarny czy struktury długiego trwania). Nie znajdziemy także ciekawych dyskusji choćby na temat przemian społecznych Moche, jej ceramiki czy ikonografii. Nie można oczywiście napisać o wszystkim, ale trudno znaleźć uzasadnienie wyborów dokonywanych przez Autorkę.
To, co powyżej napisałem to naprawdę krótki wybór zarzutów. Nie chcę już jednak kontynuować tego omówienia, a proszę jeszcze zwrócić uwagę, że w komentarzach ograniczyłem się w zasadzie wyłącznie do Ameryki Południowej. Na pewno część historyczna jest zdecydowanie lepsza niż archeologiczna, choć także nie jest pozbawiona błędów.
Problemy, na które wskazałem odbijają się, jak w lustrze w bibliografii. Jest ona dość przypadkowa, a na pewno brak w niej wielu aktualnych pozycji fundamentalnych dla archeologii amerykańskiej (np. Silverman H., Isbell W.H. (red.). 2008. Handbook of South American Archaeology). Czasem w tekście przywołane są ciekawe i aktualne badania, ale próżno szukać odniesień do nich w spisie literatury czy nawet przypisach dolnych. Te ostatnie są zresztą zupełnie przypadkowe.
Literówek jest w książce po prostu bez liku: s. 120 i n. kultura „San Augustín” zamiast San Agustín; s. 122 i 126 „Tuncahán” zamiast Tuncahuán; s. 223 rzeka Balsas stała się rzeką „Balsa”…
Nie bardzo rozumiem, jak wydawnictwo klasy PWN, z długą tradycją, ceniące chyba siebie, a na pewno swoje produkty (bardzo drogie i prawie nigdy nie przeceniane książki) może oszczędzać na profesjonalnej korekcie i recenzjach naukowych z prawdziwego zdarzenia.
Podsumowując zatem stwierdzę, że pomimo, iż jest to jedna z niewielu pozycji na polskim rynku wydawniczym, poruszających temat amerykańskich kultur prekolumbijskich, odradzałbym jej lekturę. Z książki warto bowiem zapamiętać tylko to, że rozwój kulturowy tych kontynentów jest bardzo długi, bardzo złożony, bardzo ciekawy i bardzo wiele jeszcze na ten temat nie wiemy. Wszelkie informacje bliższe i bardziej szczegółowe są w tej książce obarczone dużym ryzykiem nieścisłości, nieaktualności czy błędności. Poza tym wpadnięcie w pułapkę opisywania kolejnych kultur (a od pewnego momentu tak właśnie wygląda treść książki) skutkuje po prostu coraz większą, z biegiem stron (jest ich ponad 350) monotonią. Książka w pewnym momencie staje się po prostu nudna. Mnie ona bardzo zmęczyła, przede wszystkim nagromadzeniem błędów i nieuprawnionych uproszczeń. Niestety odradzam zakup, a nawet lekturę tej pozycji.
